Czekając na Godota

by kruszyzna on 31 października 2011

W słynnym dramacie współczesnym dwóch gości czekało na Godota, który lada moment miał się pojawić. Who, mać, is Godot? Tego nie wie nikt. Godot ma przyjść. Czekają więc, czekają, akt pierwszy, drugi, trzeci, nic się nie dzieje jak w polskim filmie, a Godota nie ma.

Podobny problem ma groomer. Klient umówiony na daną godzinę, czekamy, czekamy, czekamy. Dziesięć minut spóźnienia i zaczynamy się niepokoić, bo jeśli pies spóźni się jeszcze bardziej, a nie daj Bóg okaże się klasycznym przykładem MOPa (Masakrycznie Obrośnietego Psa), to choćbyśmy się sprężyli jak sprężyna, to nie wyrobimy się z robotą. Dzwonimy więc do klienta i co słyszymy?

- Ożeż w mordę! Najmocniej przepraszam, zapomniałem!

Nic się nie stało, każdemu się zdarza. Przekładamy więc strzyżenie na inny termin. W międzyczasie dzwoni iluś tam zainteresowanych i rezerwujemy im inne godziny, bo ta przecież jest już zajęta.

Wybija godzina zero. Klienta nie ma. Czekamy swoje i tradycyjnie dziesięć minut po czasie zaczynamy przestępować z nogi na nogę. Dzwonimy.

- Ożeż w mordę! Najmocniej przepraszam! Zapomniałem!

Klasyczny błąd groomera polega na tym, że powodowany jakże słuszną walką o klienta, stawia pytanie:

- To co, umawiamy inny termin?

- Jasne!

Błąd. Wiel-błąd. Ustawienie trzeciego terminu nic nie da, bo klient się nie pojawi. Nie rozgryzłam do tej pory tej taktyki i cel takiego postępowania pozostaje dla mnie mętny, ale faktycznie istnieją ludzie, którzy umawiają się po pięć razy i nigdy nie przychodzą.

Co robić w takim razie? Po pierwszym, a co najwyżej po drugim razie nie proponujemy terminu, a zamiast tego prosimy, by klient sam się skontaktował, kiedy uporządkuje sobie wszystkie plany. Wtedy się dopasujemy. I wiecie co? Nigdy nie dzwoni. Zapewne poczeka jeszcze z miesiąc albo pójdzie gdzie indziej, albo sam opitoli psa w domu nożyczkami szkolnymi swojego dziecka.

Czy to strata? Oczywiście, że to strata. Stracimy jednak tak czy siak. Na puste miejsce moglibyśmy umówić inną osobę, której nie przywołamy przecież na hop-siup.

Groomerzy dojeżdżający do klienta niech się nie cieszą. Klient też może zapomnieć, że ma oczekiwać wizyty. Zdarzyło mi się jechać pół miasta na doprowadzenie do ładu PONa (polskiego owczarka nizinnego). Stoję w korkach, przedzieram się przez miasto, przybywam i co się okazuje? Podopieczny niewykąpany (klient zapomniał o wizycie), człowiek w proszku i na dodatek okazuje się, że czworonóg dopiero co powrócił do macierzy z kilkudniowej włóczęgi. Katastofa. Szkoda benzyny i zarezerwowanego terminu, który moglibyśmy przeznaczyć dla innej osoby.

Tak, drogi groomerze, z klientem nigdy nic nie wiadomo. Nigdy go nie ma, dopóki się nie pojawi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>