O groomerze, który się na forsie nie wyspał
Kto to jest groomer? To ktoś, kto posiada maszynkę, grzebień i nożyczki, rach-ciach-ciach opitoli zwierzę, pracę ma więc prostą jak konstrukcja cepa, pewną jak śmierć i podatki i co najważniejsze – zgarnia kokosy. Mówiąc inaczej, śpi na forsie. Wybudował sobie dom, jeździ wypasioną furą i cała reszta świata może mu skoczyć.
Taka mniej więcej opinia krąży o zawodzie fryzjera zwierząt podsycana co rusz przez serwisy w stylu „Gazeta Praca”, które donoszą o tym, jakie to ciekawe, nowe zawody pojawiły się na polskim rynku. Społeczeństwo haczyk łyka gładko (bo nic tak dobrze nie smakuje jak obietnica łatwej, szybkiej i dobrze płatnej pracy) i gremialnie zjawia się na rozmaitych kursach groomerskich. Branża groomerska zaciera rączki, bo na szkolenie adeptów otrzymuje unijne dofinansowanie i – trzeba to sobie jasno powiedzieć – kursy stanowią niemałą część (jeśli nie lwią) dochodów niektórych salonów.
Zanim jednak złączymy się z owczym pędem (że tak zacytuję klasyka), warto przystopować. A jak przystopujemy, to posłuchać, jak wołam, cytując tegoż samego klasyka: Ludwiku Dorn i Sabo, nie idźcie tą drogą. Ach, cwana. Pisze tak, bo nie chce, żebyśmy stanowili dla niej konkurencję. To też
Ale piszę przede wszystkim dlatego, że paranie się groomingiem sporo mnie nauczyło.
Po pierwsze, jeśli masz zamiar otworzyć salon, to wiedz, że będzie się to opłacało tylko w dwóch przypadkach:
- dysponujesz WŁASNYM lokalem, odpada więc konieczność płacenia sporego haraczu za wynajem powierzchni użytkowej (od miasta bądź od osoby prywatnej, wsio rawno).
- wynajmujesz lokal, ale jest on położony w REWELACYJNEJ lokalizacji: przy głównej, bardzo ruchliwej ulicy, gdzie chodnikami spaceruje mnóstwo ludzi.
Po drugie, musisz pamiętać, że jest to praca sezonowa. Owszem, wiosną, zwłaszcza w okolicach Świąt Wielkanocnych obserwujemy boom strzyżenia, latem, jeśli pogoda dopisuje, również jest ruch, ale z październikiem dobra passa odchodzi w niebyt. Listopad, a potem miesiące zimowe to cienizna.
Po trzecie rozkręcenie interesu będzie trwało kilka lat, a i wtedy nie masz gwarancji, że zakończy się sukcesem. Przez ten czas musisz się z czegoś utrzymać. Albo więc parasz się jeszcze czymś innym, co zapewni ci utrzymanie, albo dysponujesz odpowiednimi oszczędnościami.
Po czwarte konkurencja na rynku jest bardzo duża. Klienci mogą dzisiaj przebierać jak w ulęgałkach. Nie są skazani na dwa na krzyż salony znajdujące się w centrum miasta, w których, co prawda, jakość strzyżenia jest żenująco niska, ale są jedyne, więc nie wybrzydzamy. Te czasy już minęły. Fama o rewelacyjnych zarobkach, jakie niesie z sobą zawód groomera odbiła się szerokim kręgiem i wiele osób zdobyło certyfikat. Wiele też strzyże bez certyfikatu i na to nic nie poradzisz.
No dobrze, powiesz, ale przecież znasz salony, które w tym samym miejscu funkcjonują od lat! To się musi jakoś kalkulować! Tak, ale zważ: OD LAT. Zaczęli jeszcze wtedy, kiedy zawód groomera dopiero zaczynał być głośny, i wygryźli sobie swój kawałek tortu. Nawet oni jednak zimą nie rejestrują szokujących zysków. Zadzwoniłam do wszystkich większych salonów z mojego miasta i w żadnym nie musiałam czekać na wizytę dłużej niż dwa dni. Co to oznacza? To, że o tej porze roku mają maksymalnie dwa psy dziennie. A to jest na granicy opłacalności. Nawet w ich przypadku. Co dopiero mają powiedzieć inni?
Jedynym rokującym dobrze rozwiązaniem jest stworzenie czegoś w rodzaju okołozwierzęcego kombajnu. Inaczej mówiąc działanie na różnych polach. Jeszcze inaczej mówiąc zaoferowanie klientom kompleksowych usług dla ich pupili. Czyli? Czyli otworzenie salonu groomerskiego połączonego z lecznicą weterynaryjną i sklepem z akcesoriami dla zwierząt. Klient wyleczy psa, ostrzyże i jeszcze napełni mu miskę. Taka forma świadczenia usług daje znacznie większe szanse związania klienta z danym miejscem, bo nie musi on krążyć tu i tam. Wszystko załatwia za jednym zamachem.
Do czego zmierzam? Do tego, że w obecnej sytuacji rynkowej grooming to świetny sposób na dochód dodatkowy. Jako dochód główny może kompletnie nie wypalić. I taka mądra jestem, ponieważ przerabiam to na sobie. Otworzenie własnego salonu odkładam na zaś, kiedy koniunktura będzie lepsza, a tymczasem wracam do starej i sprawdzonej formy zarobkowania, czyli świadczenia usług z dojazdem do klienta. Sad but true.





Fajnie opisane i w łatwej formie. Lubię czytać takie artykuły
Ta branża rzeczywiście jest postrzegana jak kopalnia pieniędzy bo za godzinkę pracy tyle kasy?… Takie komentarze słyszę od klientów,albo zazdroszczę ma pani super pracę też bym tak chciał..Tak tylko gromer wie jaka to zabawa.. Odwalamy często brudną robotę za klienta a on i tak będzie udawał, że nie wie za co płaci, choć nie raz się wyrwie że psiak ,,nie pozwala się czesać” itd.W obecnej sytuacji rynkowej to faktycznie nie jest zawód na ,,full time” a szkoda..