West highland white kołtun
Cie choroba, nie mam szczęścia do westów. Powoli, z pewną taką nieśmiałością skłaniam się ku tezie, że zadbane westy, tak jak zadbane PONy, nie istnieją. Spotkałam tylko jednego psa, którego nie trzeba było drastycznie odkołtuniać. Do pozostałych doskonale pasuje słynne zdanie Greka Zorby „jaka piękna katastrofa”.
Na pierwszy rzut oka „katastrofa”, która do mnie przyszła, nie wyglądała źle. Wprost przeciwnie, przeciętny obserwator mógł pomyśleć, że oto idzie śliczna, biała kulka. Lubimy białe kulki. Są takie… przytulaśne, prawda?
O co właściwie się czepiam? Kudłate (lubimy kudłate!) rozmerdane, białe stworzenie. Ot, wyrównać uszka, zrobić mordę, trochę grzbiecik i heja. Ogrom nieszczęścia uwidocznił się dopiero kiedy chwyciłam za maszynkę. West był skołtuniony wprost przepotwornie. Nie było mowy o jakimkolwiek rozczesywaniu, bo proces ten – choć możliwy, jak ktoś się uprze, to zrobi w końcu, no nie? – byłby dla zwierzęcia zwyczajną torturą. A ja, choć bywam trudna, wredną suką jednakowoż nie jestem i nie będę męczyć zwierza, tym bardziej za nic.
Metoda pozostawała jedna. Krótkie ostrze (6,3 mm), cięcie pod włos i pozbawienie delikwenta sierściowej masakry. Schodziło jak z barana. Zresztą zobaczcie zdjęcia.
Jedna wielka skołtuniona ściana. Niestety jedyne, co mogłam zrobić, to zgolić delikwenta niemalże na zero. Pies i tak okazał się wyjątkowo spokojny. To znaczy gryźć zaczął dopiero, jak doszłam do pyska, ale wtedy byłam już pod koniec roboty.
Tu dygresyjka. Jeśli widzę strasznie zaniedbanego psa, to zazwyczaj od pyska zaczynam, a nie na nim kończę. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że czasem biorę zwierzę z zaskoczenia i zanim ono się zorientuje, w co wdepnęło, nosek mam już wystrzyżony, a i uszka często też. Po drugie pysk to najtrudniejsza robota (przynajmniej dla mnie) i warto się za nią zabierać, kiedy czworonóg nie jest jeszcze zmęczony. Pozwoli nam wtedy o wiele więcej zrobić. Zaoszczędzamy na czasie i na nerwach. Po trzecie pysk to jest to, co zawsze najbardziej rzuca się w oczy. Właściciel cięcie zwierza ocenia właśnie po pysku. Innymi słowy, jeśli spartaczysz łapy, może zostać ci to wybaczone. Jeśli spartaczysz pysk – nigdy.
Tym razem od pyska nie zaczęłam, ale wprost przeciwnie, od mniej szlachetnej strony psa. Dlaczego? Zwyczajnie zgłupiałam. Pies był tak potwornie skołtuniony i sfilcowany, że nie było na ciele ani jednego miejsca, które byłoby jako tako przyzwoite. Jakoś wybrnęłam, a zwierzę – chwała mu za to – zniosło cały zabieg wyjątkowo mężnie. Po dwóch i pół godzinie mordęgi efekt był następujący:
Jakby zmalał, co nie?
Miejmy nadzieję, że następnym razem, niezależnie od tego, kto go będzie strzygł, stan sierści pozwoli na pozostawienie falbanki (firanki, spódniczki czy jak to zwał) i po prostu ostrzyżenie westa na westa a nie na ratlerka. Życzę tego temu zwierzu z całego serca. Bo wart jest. Piękny i młody jest. Aż szkoda.







