Czy dojazd do klienta w ogóle się opłaca?

by kruszyzna on 3 lutego 2012

Dojeżdżać czy nie dojeżdżać, oto jest pytanie – pytałby Hamlet, gdyby zajmował się strzyżeniem psów. Na szczęście się nie zajmował  i przynajmniej ten dylemat miał z głowy, kiedy trzymał w dłoni czaszkę swojego kumpla, co samo w sobie musiało być sytuacją traumatyczną :) Jeśli jednak masz zamiar zająć się na poważnie groomingiem, to jest to kwestia, nad którą musisz się poważnie zastanowić. Żeby te zastanowienia ułatwić, wywnętrznię się nieco i podzielę moim tak zwanym doświadczeniem.

Benzynaaaaaa….

Dojazd do klienta niechybnie wiąże się z użytkowaniem samochodu, a użytkowanie samochodu oznacza spalanie benzyny. Orientujesz się oczywiście, po ile obecnie chodzi litr? Właśnie. Ból, a nawet bul, by zacytować klasyka. Stopień zużycia paliwa zależy głównie od tego gdzie mieszkasz i skąd pochodzą twoi klienci. Jeśli mieszkasz w centrum dużego miasta lub na dużym osiedlu, samochód będzie ci mniej potrzebny, bo do wielu klientów możesz udać się pieszo. To jedna strona medalu. Druga jest taka, że z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że na tzw. „miejskiej sypialni” znajdziesz co najmniej jeden zakład groomerski, co osłabi twoją pozycję. W centrum miasta praktycznie nie ma problemu z wybraniem zakładu, a potencjalnemu klientowi nie zajmuje dużo czasu dotarcie tam i zostawienie pupila.

Inaczej sprawa się przedstawia, jeśli mieszkasz na peryferiach. Ja działałam na totalnym wygwizdowie. I znów – z jednej strony moja oferta była atrakcyjna dla klientów, bo jak jeden z drugim wspomnieli, ile czasu zajmowało im dotarcie do salonu w centrum, przeczekanie, aż pies się ostrzyże, i powrót, to trzasnęli oberasa, kiedy się dowiedzieli, że nie muszą się ruszać z domu. Z drugiej strony większość moich klientów zamieszkiwała podmiejskie wsie. PKS-em tam nie dojedziesz, na piechotę tym bardziej. Samochód jest tu niezbędny, a samochód oznacza koszty.

Żeby wyjść na swoje, do ceny usługi musisz doliczyć spaloną benzynę. Musisz wiedzieć, ile jej zużyjesz na dotarcie tam i z powrotem. To jest na początku ciężkie do oszacowania, a pamiętaj, że klienci przyzwyczajają się do raz zaproponowanych cen i niechętnie witają podwyżki. Możesz na przykład doliczyć 10 zł do ceny za strzyżenie. Ale wtedy nie jesteś konkurencyjny wobec ofert salonu.

Klient nasz wymagający pan

Trzeba powiedzieć sobie jasno: większość klientów, która teraz zwraca się do ciebie, co najmniej raz była w salonie. Prawie wszyscy (statystycznie rzecz biorąc) zostawiali tam psa i wracali po odbiór za mniej więcej dwie godziny (często krócej). Nie mają więc pojęcia, jak wygląda proces strzyżenia, ile wysiłku i czasu na to potrzeba oraz nie są świadomi faktu, że pies w domu zachowuje się zupełnie inaczej. Innymi słowy palma mu odbija, bo jest na swoim terenie. Statystyczny klient spodziewa się więc, że strzyżenie będzie trwało 15 minut, zapłaci za nie 20 zł, a otrzyma fryzurę wystawową. Oczywista oczywistość, że to bzdura na kółkach. Nastaw się więc na wygórowane oczekiwania, który – bądźmy szczerzy – nie zawsze sprostasz.

Rzecz w tym, że strzyżenie w domu a strzyżenie w salonie to dwa zupełnie inne procesy. Na swoim terenie pies z reguły (są chlubne wyjątki) zachowuje się o wiele gorzej, co sprawia, że „opędzlowanie” go trwa o wiele dłużej. Strzyżesz w przedpokoju, w łazience, w pralni, w piwnicy, w garażu, na ogrodzie i wszędzie tam najczęściej masz kiepskie, zupełnie niewystarczające światło. To sprawia, że strzyżesz mniej precyzyjnie, a wszelkie niedociągnięcia klient zauważy przy świetle dziennym. Nie traktuj więc danego klienta jako stałego, tylko dlatego, że powie ci „do zobaczenia za dwa miesiące”. Najczęściej jest tak, że chciał cię po prostu przetestować, a summa summarum i tak wybierze salon. Mniej zachodu.

Okoliczności przyrody

I o tym zachodzie teraz. Strzyżesz w domu klienta, więc zajmujesz ludziom przestrzeń życiową. W większości przypadków to dla nich krępujące, nawet jeśli okupujesz garaż. Ludzie są nieufni. Wpuszczają cię do domu i wiedzą, że oglądasz ich mieszkanie. Nie daj Bóg coś im zginie po twojej wizycie. Koniec. Choćbyś miał sumienie bielsze niż pościel wyprana w proszku reklamowanym przez niezmordowanego Hajzera, podejrzenie padnie na ciebie.

Klient dopiero, kiedy uczestniczy w strzyżeniu, widzi, ile sierści spada ze zwierza i ile sprzątania go czeka (właściciela nie psa, oczywiście). Nie jest z tego zadowolony. Najczęściej masz więc mało miejsca, kiepskie światło, wiercącego się psa i właściciela, który co dziesięć minut pyta, czy już, ewentualnie cały czas stoi ci nad głową i upiera się trzymać zwierzę („on przy mnie czuje się bezpieczniej”).

Brutalna prawda jest taka, że większość klientów zamawiających usługę do domu po raz drugi do ciebie nie wróci. Owszem, są i recydywiści :) Sama miałam psy, które strzygłam sześć czy siedem razy, ale większość przetestuje cię, a i tak następnym razem pojedzie do salonu. Właśnie ze względu na mniej precyzyjne strzyżenie, blokowanie miejsca i multum sprzątania. Klient spodziewa się, że otrzyma jakość usługi taką samą jak w salonie. I nie obchodzi go, że to najczęściej niemożliwe. Trudno mu się dziwić.

Przerób

Salon, w którym strzyżeniem zajmuje się jedna osoba (najczęściej ma drugą do pomocy) dziennie obsłuży średnio cztery psy. Oczywiście wszystko zależy od tego, jakie to czworonogi, bo czym innym jest york a czym innym czarny terier rosyjski. Jeśli umówione są same yorki i to na dodatek w miarę zadbane, to pięć a nawet sześć psów dziennie dałoby się ostrzyc (opcja bez kąpania). Ty najczęściej obsłużysz dwa, góra trzy. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że strzyżenie w domu klienta trwa dłużej i musisz liczyć co najmniej 2 godziny na usługę. Po drugie rozstawiasz i pakujesz sprzęt, a to też zabiera około 20 minut. Po trzecie musisz dojechać. Zdarzało mi się, że między jednym a drugim klientem miałam przerwę 1,5 godziny i zdążałam na styk! Wszystko przez wielkomiejskie korki. Mniej klientów to mniejszy zarobek dziennie. Minus koszty paliwa.

Mówię zupełnie poważnie: bardzo ciężko jest utrzymać się ze strzyżenia z dojazdem do klienta. Ta opcja sprawdzi się jako dochód dodatkowy, ale jako główny odpada. Dochód dodatkowy oznacza konieczność pogodzenia terminów z pracą główną, a to powoduje, że nie jesteś tak dyspozycyjny, jakbyś mógł.

Zużycie sprzętu

Przy dojeździe do klienta musisz częściej wymieniać sprzęt. Dlaczego? Dlatego, że pewnych opcji dostępnych w salonie nie wykonasz, czyli między innymi nie wykąpiesz psa. Psa kąpie właściciel i najczęściej robi to nieprawidłowo i/lub niedokładnie, zwłaszcza jeśli zwierzę jest skołtunione. Strzyżesz więc niedoprane zwierzę, a czasem piach aż tryska na boki. To sprawia, że ostrza i nożyczki tępią się znacznie szybciej. Weź to pod uwagę.

Jeśli mimo wszystko zamierzasz dojeżdżać…

Jeśli to, co napisałam, nie zniechęciło cię do tej pory i zamierzasz świadczyć usługi w domu klienta, to na koniec kilka wskazówek, które powinny ułatwić ci żywot człowieka poczciwego.

  1. Nie bierz zleceń z drugiego końca miasta. Po pierwsze nie opłaca się to kompletnie (czas, dojazd, paliwo), po drugie klient i tak cię nie poleci, a jeśli nawet to zrobi, to będą to jego sąsiedzi, więc to cię nie urządza. Wyznacz sobie rewir, gdzie będziesz grasował (najlepiej najbliższy twojemu miejscu zamieszkania).
  2. Jeśli masz więcej niż jednego klienta dziennie, grupuj ich tak, żeby dojazd do nich zabierał ci jak najmniej czasu.
  3. Staraj się jak najwięcej dowiedzieć o psie przed wyjazdem. Unikniesz sytuacji, jakie ja miałam, że jedziesz gdzieś 15 km, przyjeżdżasz, a pies niewykąpany. Strata czasu i pieniędzy. Wypytaj o to, kiedy ostatnio był strzyżony i w jakim stanie ma sierść.
  4. Na pojedynczego psa zarezerwuj sobie dwie godziny obsługi. Do tego dolicz czas na rozłożenie i złożenie sprzętu oraz dojazd do następnego klienta. Nigdy nie umawiaj klientów w odstępach dwugodzinnych (np. na 14 i na 16). Zostaw między jednym i drugim co najmniej 2 h 30 min. Klient nie znosi, kiedy się spóźniasz, pamiętaj.
  5. Koniecznie kup przenośny stół groomerski i wysięgnik (no i smycze mocujące, rzecz jasna). U klienta nie będziesz miał gdzie psa postawić, wierz mi. A nawet jeśli będzie taka możliwość, to musisz zwierzę ustabilizować, bo będzie się wiercić niemożebnie. Odradzam strzyżenie na ziemi na folii. Po pierwsze jakość żadna, po drugie klientów to razi. Od nich samych słyszałam takie opinie o moich poprzednikach.
  6. Optymalnie przygotuj wyposażenie torby groomerskiej. Musisz mieć w niej wszystkie niezbędne rzeczy, bo w razie czego nie masz co liczyć na to, że klient w domu będzie miał to, czego ci brakuje.
  7. Nie wykonuj zlecenia, jeśli pies jest w takim stanie, że według twojej oceny obsługa zajmie więcej czasu, niż na to zarezerwowałeś. Nic tak nie zraża klienta jak strzyżenie po łebkach. Lepiej stracić czas na dojazd i odjechać z niczym, niż wściekać się i stawać na rzęsach, żeby zdążyć, spóźniać się do następnej osoby, a klient i tak do ciebie nie wróci.
  8. Jeśli już zacząłeś i zorientowałeś się, że się nie wyrobisz, doszlifuj pysk. Człowiek zawsze najpierw patrzy na pysk. Zrobione byle jak łapy jeszcze ci właściciel wybaczy, niedokończony pysk nigdy.
  9. Do ceny strzyżenia zawsze dolicz cenę dojazdu. Nie stosuj dumpingowych cen. One nie wzbudzają zaufania. Ludzie myślą, że tanio znaczy kiepsko.
No i tyle. Na wypadek gdyby to umknęło w powodzi słów, podkreślam, że celem tej notki było wykazanie, że dojazd do klienta to pomyłka. Pomyłka, którą boleśnie przerobiłam na sobie. Jeśli chcesz się naprawdę profesjonalnie zająć strzyżeniem psów, wyjście jest tylko jedno – własny salon, ewentualnie miejsce u siebie w domu, które wydzielisz sobie jako pracownię i profesjonalnie wyposażysz. Howgh.

One Response to “Czy dojazd do klienta w ogóle się opłaca?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>